Podróż zaczyna się wcześnie rano w Warszawie, mój cel to dworzec centralny, gdzie odjeżdża mój pociąg do słowackiego Skalite. Bilet normalny plus przejściówka międzynarodowa na odcinek Warszawa-Zwardoń-Skalite (ok. 20zł) ? kupiona w kasie międzynarodowej.
W Skalite przesiadka do pociągu kierującego się na Węgry, podróż piękna, ach te widoki: góry, zielono, mijamy kolejne tunele. Na granicy wymieniamy pieniądze i łapiemy autobus do miejsca docelowego – Budapesztu.
Na miejscu dowiadujemy się o jakieś pole namiotowe w tamtych oklicach. Miejscowi bardzo pomocni, choć nie zawsze trafnie podają drogę do celu, więc trzeba się było co chwilę pytać, gdzie mamy iść. Ok. godziny 22 docieramy, szybko rozstawiamy dwa namioty, kiedy jeszcze możemy je rozstawić
Udajemy się do miasteczka po ekiwpunek na wieczorne ognisko. Dziewczyny zbierają materiał na ognisko, a my z towarem wracamy. Po chwili mamy pięknie palące się ognisko, które rozświetla kolorowe namioty.
O północy kończymy, idziemy spać, trzeba zebrać siły po długiej i męczącej podróży. Jutro czas na zwiedzanie okolic.
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: Budapeszt, namioty, pociąg, słowacja, wyprawa
Wczoraj opis naszego wjazdu zakończyłem ledwo na wjechaniu na górę, teraz opis widoków ze szczytu i emocjonującej podróży powrotnej.
Na “naszym” wierzchołku atmosfera niczym Krupówki w Zakopanem i źle się tam czujemy, zwykle nie ma nikogo i można się nacieszyć naturą. Jakiś rodak pyta, czy może sobie zrobić zdjęcie z naszymi rowerami. Ktoś stwierdza, że nie wie czy na wierzyć, że sami tu wjechaliśmy i jeszcze z tymi namiotami, ale i tak nam gratuluje. Małe zakupy pamiątek w sklepiku i czas na drogę w dół. Tymczasem zaczyna padać śnieg, jak to bywa na 2758 m n.p.m. Pogoda w górach zmienia się jak w kalejdoskopie.
Zjazd zapowiada się niesamowicie, tymczasem… bardzo ostre serpentyny, niby zjeżdżać łatwiej niezupełnie, fatalny asfalt, przenikliwe zimno i padający śnieg powodują że zjazd nie należy do najfajniejszych. Pod koniec zakrętów marzną mi ręce że trzeba je rozgrzewać. Dopiero pod koniec serpentyn (48 tornanti) pokazuje się lepszy zjazd – dojeżdżamy aż do Prato Di Stelvio. Tam okazuje się, że do Merano nie dojedziemy tego dnia, bo jest 41 km od nas, a jest już 17:00.
Robimy zakupy, pierwsze we Włoszech i jedziemy w stronę Merano wzdłuż sadów z milionami jabłek. Aha, po tej stronie Stelvio jest świetna pogoda i świeci słońce… Nocleg (Tomek jak zwykle miał nosa) znajdujemy u sympatycznych Włochów, mówiących po niemiecku. Dostajemy pole, wannę i zaproszenie na kawę rano. Łukasz bawi się z psem gospodarzy – Fuxi, a Tomek próbuje nauczyć paru słów po polsku ich syna, bez skutku. Noc jest rewelacyjna – śpi się dobrze i wreszcie namiot jest suchy.
Kategorie: namiot · podróże
Budzi nas poranny deszcz. O 7.00 już nie śpimy, nie możemy przestać dumać, że dzisiaj podjedziemy na Stelvio – zaczynamy się zbierać. Zbieramy namiot i już mamy ruszać. Zaskoczył nas sąsiad gospodarza, który niesie nam kawę (naprawdę się przyda z rana), a potem proponuje wysłanie maila ze swojego macbooka.
W wyniku wyjeżdżamy około 10:00. Od początkowych metrów zaczyna się stromy podjazd pod Umbrail. Jedzie się dobrze (może dlatego że to pierwsze metry
), mimo iż rower z namiotem i prowiantem jest dość ciężki. Na początek 4 km serpentyn, które bardzo stromo wspinają się po zboczu góry. Potem nastał fragment bardziej płaski (trochę się odpoczęło), ale za to droga był szutrowa na długości 2-3 kilometrów. Na 6 km zaczęły się znów bardzo strome serpentyny, które zaprowadziły nas powoli i mozolnie na Umbrail. Już z tąd widok zapierał dech w piersiach, już widoku ze szczytu nie mogłem doczekać. Z przełęczy oglądać można było już Passo Dello Stelvio – przeznaczenie naszej rowerowej eskapady. Zjazd do punktu celnego (granica), gdzie zaskakuje nas brak celnika i zabite okna w budynkach celnych. Ostatnie 3 km podjazdu są dość trudne (zmęczenie daje o sobie znać i namiot który nie należy do najlżejszych), mimo wszystko podjazd pod Umbrail będzie przyjemnością i niezapomnianą przygodą. Pojawia się “dziura w niebie” – widać kawałek błękitnego nieba. Jeszcze ostatnie metry i jesteśmy.
Relacja ze szczytu w kolejnym odcinku na blogu
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: namiot, rower, włochy
Rano wstajemy, składamy namiot, godzinę przed świtem (powoli staje się to naszą tradycją) zbieramy się oraz na piątym kilometrze wyszukujemy miłe miejsce na zjedzenie zaległego puree z fasolką. Na 20 km jesteśmy w Los Navalmorales, gdzie idzemy na zakupy w Toledo, w trakcie naszej wizyty wysiada prąd. Cola i herbatniki poprawiają nam toawrzyszący do początku podróży humor. Szlak, którym maszerujemy przypomina chyba dzieciństwo Fran, droga jest wąska zryta i czerwona. Jakieś auta mijają nas co raz na godzinę. Ale trzeba powiedzieć, że podróże po prowincjach mają swoje dobre strony, widoki są śliczne. Po wejździe do Navla wchodzimy na równinę, która kończy się przełęczą w górach Sierra de Nevada, i jest miedzą między Kastylią i Extremadurą.
Wcześnie dojeżdżamy do wyznaczonego punktu, gdzie znajdujemy rewelacyjnie tani camping na nasz namiot ? za pobyt zapłaciliśmy 4,5 euro, kibel & ciepła woda included. Rozkładamy namiot i idziemy oglądać centrum z kościołem. Atmosfera wewnątrz jest znakomita, jednak jest już późno i musimy szybko wracać. Basen okazuje się że jest już nieczynny, ale za to mamy prysznic, i o to chodzi.
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: hiszpania
Fethiye, a właściwie Olympos to fajne miejsce nad morzem, mieszka się w namiotach na plaży kapie się w morzu, zwiedza ruiny zamków, a wieczorem jedzie się na wycieczkę do Chimery, aby zobaczyć płomienie palące się na skałach. Nie wiem dokładnie, skąd one się wzięły, jednak jakiś gaz samoistnie wydostaje się z między skał oraz następuje samozapłon. Niektórzy przywożą kiełbaski i smażą nad ogniem sobie robiąc innym smaku.
Na campingach gdzie zauważyliśmy sporo namiotów oraz reklam rejsów jachtami po morzu. Cena za 4 dni to 150$. Jako, że specjalnie nie byliśmy zainteresowani do wzięcia udziału w takim rejsie, a sezon zbliżał się ku końcowi, stargowaliśmy cenę do 100$. Za 4 dni pływania, z noclegami i wyżywieniem to całkiem dobra cena.
Następnego dnia spakowaliśmy namiot do samochodu i wywiezieni na spotkanie reszty załogi. Okazało się, że płyniemy z Turkiem (żyjącym na stale w Niemczech), dwoma Amerykanami, Francuzka, dziewczyną z Zimbabwe i dziewczyna z RPA. nasza ekipa była bardzo miła, bo wszyscy młodzi i zabawni, a nie grubi emeryci, jakich zauważyliśmy na innych łodziach. Były to 4 dni śmiechu, leniuchowania, kapania, odpoczynku od ukochanego namiotu, nurkowania, opalania, wiec generalnie luzowanie się i nabieranie sil przed dalszymi trudami podroży.
Kategorie: namiot · podróże
Nic ostatnio nie pisałem, strata to mała, bo i tak na razie nikt tu nie zagląda, biorąc na uwagę że blog jest nowy i jeszcze nie znany. Bądź co bądź od powrotu ze wschodu coś tam się działo – byłem mianowicie na dwudniowej wyprawie niedaleko warszawa, odwiedziłem karków, dawna stolicę polaków i sporo czasu spędziłem pod namiotem.
Okolice warszawy, którą miałem przyjemność zobaczyć to piękne i bogate miasto Józefów leżące na trasie Warszawa-Otwock – nie pisałem nic na temat tej wycieczki, bo trudno nazwać wyjazd turystyczny podróżą. swoją drogą ten tydzień będę spędzał również pod namiotem.
królewski karków nawiedziłem za pieniądze mojej firmy – byłem tam na szkoleniu i konferencji, jednak nie dałem się namówić na hotel, wolałem mój namiot. tym niemniej połaziłem nieco tu i owdzie – pierwszy raz byłem na kopcu kościuszki (fantastyczna panorama) i na krakowskim Kazimierzu.
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: firma, namiot, podróż, wycieczka
Pierwsza notka po założeniu bloga o wyprawie pod mój ukochany namiot. Nie ma to jak wyprawa na typową polską wieś na wchodzie naszego kraju. Moim celem były okolice Węgrowa, wieś w której rozbiłem namiot była oddalona o ok. 10 km.
Jadąc PKS’em podziwiałem krajobrazy typowych polskich wsi. Jednak jedna z pośród tych kilkudziesięcu naprawdę mi się spodobała, chociaż widziałem ją dosłownie kilka minut. W centrum tej wsi, sporej wsi, stał kościół z czerwonej cegły, po drugiej stronie natomiast małe jeziorko równoległe do jezdni gdzie miejscowi łowili ryby. Nie mam pojęcie czy coś tam można złowić, woda zielona jak trawa. Po pokonaniu kilkuset metrów daleko po prawej wyłoniła się wieżyczka jakiegoś zameczku, którego z trzech stron oblewała woda, szkoda że wcześniej nie wiedziałem o tej wsi, pewnie ona stała by się celem mojej podróży.
Wieś do która była moim celem nie okazała się wcale gorsza, to nic że nie było zamku czy rzeki. Za to jednak była mały strumyk, przez tutejszych nazywany strugą. Co najlepsze przebiegał on równolegle do wsi przecinając wszystkie działki po prawej stronie wybrukowanej drogi.
Postanowiłem że zapytam miejscowych czy daleko jest do zdroju z którego bierze początek owa struga. Okazało się że jest to na końcu wsi, może nie dosłownie, bo było za wsią trzeba przejeść jeszcze 200 m. Rozbiłem swój namiot niedaleko na pobliskiej łące.
Pierwsze co zrobiłem to zapoznanie się z samym zdrojem w końcu miałem kilka metrów, wziąłem ze sobą garnek aby napełnić go świeżą krystaliczną wodą, którą później będę używał do robienie sobie jedzenia.
Zdrój wyglądał cudownie: pomiędzy wysokimi olszynami kilka metrów kwadratowych żwiru po którym płynęła krystaliczna woda, 20m dalej zamieniając się w wąski na 40 cm strumyk.
Kolejne dwa dni które tam spędziłem, były poznawaniem terenów wokół tej wioski: lasy i niewielkie wzniesienia.
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: namiot, podróż, wyprawa
witam was wszystkich bardzo gorąco i zachęcam do czytania mojego bloga. Powstał on z jednego powodu – chcę się dzielić z innymi moimi wrażeniami z podróży pod namiot. Moim miejscem spania podczas wypraw jest zwykły namiot, zwiedziłem tak kilka zakątków Polski, i bardzo podoba mi się taka forma ponieważ wypoczywam na łonie natury.
Nie ma nic lepszego niż sprawdzian samego siebie czy i jak długo wytrzymamy pod namiotem. Wydaje się, że jest to łatwe, ale to pozory. Pogoda mnie nie oszczędza, kiedy jest zimno nie można podkręcić kurka od kaloryfera czy rozpalić w piecu. Deszcz też nie jest miły, długotrwałe opady na namiot sprawią to że małe drobinki przedostają się na drugą stronę – do środka. Jeśli ktoś nie wierzy, proszę kupić najlepszy namiot i potrzymać go przez 2-3 dni na deszczu.
Jeszcze raz zapraszam do czytania tego bloga o wyprawach pod namiot!
Kategorie: namiot · podróże
Otagowane: deszcz, namiot, pogoda, wstęp, życie